niedziela, 13 maja 2018

Ogród

Siadłam przed domem, żeby odpocząć. Zaliczyłam schody do piwnicy i z powrotem. Przytaszczyłam siekierę. Teraz przede mna kolejne zadanie. Trzeba odrąbać gałęzie rozrośnietego cisa, którego śnieg w zimie przygniótł i połamał. Cis straszy a nie wyglada, a połamane gałęzie leżą na trawniku, który muszę skosić. Tętno wróciło do normy.

Udało mi się zamachnąć ale niestety nie udało się przy tym ustać. Nogi za słabe. Siekiera odbijała się od cisowego drewna nie pozostawiając ani jednego śladu po uderzeniu. Tak twardego drewna nie spodziewałam się. Z pomocą przyszła emerytka wiosen ok. 75. Zdecydowanie silniejsza i mocniej stąpająca po ziemi ale ...ale pojawił się problem z zamachnięciem. Nie lada sprytu i gimnastyki wymagało od nas obu użycie siekiery tak by odciąć połamane gałezie gdy jedna nie mogła ustać a druga wziąć zamachu. Jedna uparta kobieta to dużo ale dwie to już scena z rodzaju  "walcz albo giń". Udało się. Chwila odpoczynku, a potem trzeba będzie wynieść gałęzie. Najtrudniej będzie je podnieść.

Stałam i trzymałam gąłęzie wielkiego cisa, które zdołałam przyciągnąć za sobą na drugie podwórze. Byłam w drodze do sadu. Sił brakło, nie mogłam oddychać i zrobiło się ciemno przed oczami. Nie mogłam puścić gałęzi bo nie podniosłabym ich już a przecież przede mną było jeszcze kilkadziesiąt metrów do celu. Skupiona na oddechu zamknęłam oczy. Nogi trzęsły się, ale dłonie uparcie dzierżyły cisa - zaparłam się, że zrobię z tym porządek.

Pojawił się sąsiad, chwycił gałęzie, coś mówił. Stałam chwilę zanim załapałam na tyle tlenu, żeby się przywitać. Opatrzność go zesłała. Pomyślałam Anioł Stróż - dziękuję. 
Sąsiad próbował żartować, bardzo chciał pomóc. Silny, dobrze i zdrowo oddychający ale...ale ma już jakieś 80 wiosen i zaawansowaną cukrzycę. Pozwoliłam jednak na przejęcie gałęzi bo czulam, że to ostatni moment na ratunek. Cukrzyca sprawia, że sąsiad idąc z lekka się chwieje i chodzi, powiedzmy, slalomem. W tej sytuacji  droga do sadu wydłużyła nam się conajmniej dwukrotnie. No ale było mi dużo lżej bo dotrzymując Aniołowi towarzystwa dżwigałam już tylko własne ciało .

Gdy przyjechałam tydzień wcześniej na wieś i zobaczyłam ogród, w którym nikt nic nie robił od zeszłego lata uspakajałam sama siebie, że trudno, że taka jest sytuacja, że nie mam siły, że choroba, że coś tam trochę porobię i musi wystarczyć, że trudno niech ludzie patrzą na zarośnięty gąszcz, rozgardiasz, przewrócony płot. Ja przecież czarować nie potrafie. Nie łatwo jest pogodzić się z tym, że to co było proste i nie wymagało wysiłku teraz jest tak trudne, że czasami aż niemożliwe. Wiedziałam, że mam tydzień, że potem zostanie na wsi moja mama, która nie jest w najlepszym stanie, a że trochę wariatka i zupełnie niepogodzona ze swoim wiekiem i związanymi z tym ograniczeniami, będzie się szarpać z ogrodem ponad swoje siły. Musiałam więc zrobić jak najwięcej. Gdy zobaczyłam cisa miałam chwile załamania. O koszeniu trawy nawet nie myślałam. Odsuwałam to od siebie, żeby się nie denerwować. Wózka z dzieckiem sąsiadki nie dawałam rady pchać więc jak miałabym sobie poradzić z kosiarką.

Spędziłam tydzień w ogrodzie. Prawie jak kret. Non stop w ziemi. Cały czas na kolanach. Cierpliwie z kolejnych rabat usuwałam gąszcz chwastów odsłaniając wschodzące kawiaty, byliny, zioła. Było ciężko ale tak przyjemnie, że docierało do mnie, że gdy coś tak bardzo sprawia przyjemność to pojawiają się jakieś tajemnicze pokłady energii, która pozwala dać z siebie jeszcze trochę więcej i każe wracać do tego co niedokończone. Udało sie poprzycinać krzewy, ba nawet wykosić trawę...choć to akurat była mordenga. Nie dało się pchać kosiarki to ją ciągnęłam za sobą. Przydały się uwagi rechabilitanta jak znajdować sposoby na podnoszenie się z kolan, jak balansować ciałem, żeby mniej się obciążać, jak się przychylać, jak podnosić. Z dnia na dzień ogród piękniał i odsłaniał swoje zakątki. Byłam bardzo zmęczona ale nie myślałam o tym. Na chwilę zapomniałam, że oddychanie staje się dużym problemem. Rano wstawałam z myślą co muszę jeszcze zrobić, a sąsiada kosiarka działa jak budzik i wabik. Gdybym została na wsi dłużej niewykluczone, że założyłabym nawet warzywniak...no bo sąsiad juz posadził pomidory, pory i selery :)

Wróciłam do Warszawy. Ledwo tutaj oddycham. Jest dużo gorzej niż na wsi. Jestem obolała i tak zmączona, że nie mogę wstać rano z łożka. Noce stają się uciążliwe. Przymuszam się każdego ranka, żeby się podnieść i jechać do pracy. Patrzę na pędzący świat i zastanawiam się jaki to wsztstko ma sens. Tęsknię za ogrodem, za swoją wsią.


czwartek, 10 maja 2018

Kość

- Babciu, Babciu!
- Tak wnusiu?
- A czy jak ja zjem cały obiad to będę mógł wziąć kość do domuuuu? Proszę, czy będę mógł wziąć kość do domuuuu?
Elegancka starsza Pani - jakieś 60 pięknych wiosen - siadła przy stoliku obok, a na przeciwko niej wdrapał się na krzesło jej wnuczek - sympatyczny maluch w czapce z daszkiem.

- Nie jedz tak łapczywie, spokojnie, nie spieszy nam się aż tak bardzo kochanie. Mamy czas, spokojnie. Przyniosę Ci jeszcze soczek. Chcesz?
- Ale Babciu, Babciu!
- Tak?
- Czy jak zjem to będę mógł wziąć tą kość do domu? Będę mógł? ...bo bardzo bym chciał wziąć.
- A po co Ci ta kość kochanie?
- No weźmiemy i jak będziemy szli to może daaaamy jakiemuś pieskowi!? (mówił z radością w głosie).
- Ale wnusiu... ja nie wiem czy ludzie będą sobie tego życzyć - Pani zawachała się chwilę szukając wytłumaczenia ... to nie jest wieś wnusiu, żeby dawać pieskowi kość. To nie jest wieś. To jest miasto.

Chłopiec jedząc grzecznie tak jak należy - nachylony nad talerzem - wpatrywał się w Babcię i razem z jedzeniem przełykał informacje o tym, że tutaj nie jest wieś. Widać było jak próbuje sobie to w głowie poukładać i dociera do niego, że nie obdaruje żadnego psa smaczną kością. Gdyby nie skończył już jeść to być może porzuciłby swój obiad ... bo jaki ma sens obgryzanie udka z kurczaka gdy nie jest już potrzebna kość z jego środka? Był zaskoczony tym co usłyszał i choć to nie była dla niego dobra wiadomość, przyjął ją z klasą jak prawdziwy mężczyzna.

Najpierw mnie rozbawił a potem posmutniałam razem z nim. Tesknię za wsią, za ogródkiem, za szumem drzew i śpiewem ptaków i za czasami gdy odkładało się kości dla psa i nikt się nie zastanawiał czy można czy nie można. A psy wtedy były rózne i każdy inny - jedyny w swoim rodzaju. Liczył sie charakter jak to u kundla.

poniedziałek, 7 maja 2018

Wiosna - mocne uderzenie.

Wiosna. Nareszcie zrobiło się ciepło i zielono. Szare i ponure miasto ożyło - oddycha. Ilości wiosennych zieleni i żółci zajmują moją uwagę. Mają w sobie mnóstwo świeżości, której w innej porze roku nie można zobaczyć i poczuć. Budzę się.

Moje niewielkie mieszkanie zmieniło się w ciągu jednej nocy. Rozwinęły się liście na drzewie, którego korona przytula się do ściany kamienicy i moich okien. Teraz w dużych oknach mam też dużo zieleni, przez którą nieśmiało przebijają się promienie słońca. To moja namiastka lasu, za którym tęsknię. Na codzień nie słyszę szumu wiatru, skrzypiących wierzchołków drzew i śpiewu ptaków. Za to przez pół roku widzę gąszcz liści, które czasem zastygają w bezruchu, a czasem kołyszą się na wietrze tańcząc w słońcu lub świetle ulicznej latarni. Cieszę się, że tu są. Wiosna.

W trawnikach pojawiły się drobne kwiaty i pąki tulipanów. Kwitnie ziarnopłon. Jest ciepło i słonecznie. Na ulicach jest dużo kolorów. Sukienki, apaszki, kolorowe pazurki, nowe fryzury, nowe trendy. Dzieje się. Czuć lekkość. Cieżką zimową kurtkę i zimowe buty schowałam głęboko w szafie. Są dla mnie jak kula u nogi, którą muszę ciągnąć kosztem oddechu. Gdy ciągnę tą kulę świat mi umyka, zmysły zastygają. Teraz nie muszę. Niewiarygodne jak szybko i jak wiele się zmieniło. Oddycham bez kuli u nogi. Wiosna.

Bez entuzjazmu korzystam teraz z metra. Wolę zostawać na powierzchni gdzie jest dużo przyjemniej. W zimie metro było ratunkiem przed chłodem i deszczem. Teraz jest jedynie konieczną komunikacją. Choć zdarzają się też inne potrzeby zejścia pod powierzchnię miasta. I tak za potrzebą udałam się pod ziemię do toalety w metrze. Chwilę musiałam poczekać w kolejce. W głowie wciąż miałam słońce i zieleń, spokój.

W dobrym nastroju dotarłam do czystej kabiny, w której Pani sprzątająca szybciutko wytarła podłogę po poprzedniczce. I gdy z ulgą przeszłam do meritum, i wycofać sie już nie mogłam, Pani sprzątająca zaczęła zwierzać się komuś w kolejce. Akustyka toalety była doskonała więc razem z innymi w ciszy i skupieniu wysłuchałam opowieści: "Te kobity tu szczają na podłoge, normalnie przyłażo i szczają na podłoge, mówię Pani. Nie wiem jak to tak może być, że szczajo na podloge. Wiesz Pani ja też nie siadam, tak? Tylko staje rozkrakiem nad muszlom, tak? No ale przykucne żeby trafić, wiadomo. A one na stojąco chyba tak szczajo i na deskę i na podłoge, no bo podłoga zaszczana. I ja tak cały czas wycieram, bo mi zara powiedzom, że nie sprzątam, a przecież sprzątam cały czas tylko one tak szczajo na podłoge. Dlaczego? No jak pracowałam w Obi to miałam wrażliwego dyrektora i on tak pilnował caaały czas i krzyczał, że nie sprzątam, bo śmierdzi. Taki wrażliwy był! A to z kanalizacji śmierdziało, a nie że nie sprzątałam. I ja tak za każdą dupą letałam i sprzątałam, bo jemu śmierdziało, a to wycieranie i tak nic nie dawało. I teraz też tak biegam, bo powiedzom, że nie sprzatam jak przecie sprzątam!"
Gdy wyszłam z kabiny nie było już kolejki. Nie wiem czemu skradałam się w milczeniu opuszczając to miejsce. Gdy wyjechałam na powierzchnię miasta, potrzebowałam dłuższej chwili, żeby przypomnieć sobie, że jest wiosna, że zielono, że ciepło, że miło, że lekko. Ale coś się zmieniło we mnie tam w toalecie pod powierzchnią ziemi. Coś tak jakbym bujała w obłokach i z hukiem spadła na ziemię. Wiosna.

czwartek, 15 marca 2018

Mieszczuch.

Wstydzę się.


Nie ulega wątpliwości, że stałam się mieszczuchem. Zadziało się to bez mojej świadomej woli, zgody i jakiegokolwiek w tym zakresie zaangażowania. Zapewne działo się to powoli i stopniowo, choć nagle stanęłam przed faktem dokonanym. I tego mieszczucha się wstydzę i wstydzę się, że mieszczuch to powód wstydu, bo przecież mieszczuch też człowiek i ma prawo być mieszczuchem, bo kim innym miałby być prowadząc osiadłe życie w mieście.

Po kilku latach bez samochodu temat auta wrócił. Tym razem do zakupu samochodu, prócz potrzeby swobody, mobilizuje mnie również utrudniający życie Pompe. Komunikacja miejska przestaje wystarczać. Zima wymusza korzystanie z usług taksówek. Uber doskonale się sprawdza, ale zaczynam zastanawiać się czy nie pójść o krok dalej i nie nabyć własnego samochodu. Samochodu, który będzie dopasowanych do moich fizycznych warunków i będzie zawsze pod ręką. Przeliczałam i porównywałam koszty utrzymania auta z wydatkami na taksówki. I tutaj pojawił się zwrot akcji. Za znaczny minus własnego samochodu uznałam fakt, że w zimie wsiada się do zimnego auta gdy taksówka zawsze wita ciepłym wnętrzem. To był moment przełomowy. Tutaj stuknęłam się w głowę, a następnie pojawił się wstyd.

Za daleko to zabrnęło. Ten cały miejski świat, miejskie przyzwyczajenia, miejski komfort, blichtr. Dostrzegłam nagle co się ze mną stało. Mieszkam w stolicy od 7 lat i  dopiero teraz zobaczyłam w sobie mieszczucha z krwi i kości, mieszczucha goniącego za wygodą. Kojarzę sytuacje sprzed roku, może dwóch, trzech gdy przyszło mi przez chwilę na myśl, że mieszkając w Warszawie jestem  oderwana od polskiej rzeczywistości na tyle mocno by o niej chwilami zapominać.


Wysiadłam kiedyś z pendolino na zachodzie kraju by podążać za ludźmi w ciemności piaszczystą ścieżką zaskoczona, że tak wygląda dworzec w mieście, w którym miałam spędzić wieczór, zjeść kolację w przydworcowej restauracji czekając na przesiadkę. Miało się wtedy zadziać coś na zasadzie czekania na lotnisku na samolot-takie chyba miałam oczekiwania. Ja tymczasem wylądowałam na skromnej dworcowej poczekalni, gdzie od czasu do czasu pojawiali się ludzie z posępnymi minami, nie reagujący na moje pytania - tak jakbym mówiła w niewłaściwym języku. O restauracji można było tylko pomarzyć. Przypomniałam sobie bardzo szybko, że gdy duże miasta zaczynają nocne życie prowincja już śpi.


Innym razem gdzieś na północy Polski konduktor podsadzał mnie na schodki starego wagonu usytuowane tak wysoko, że nie byłam w stanie sama na nie wejść.... z resztą widziałam po innych, że zadzieranie wysoko nogi wymaga nie lada techniki i sprytu. Wszystkich "nowych" do pociągu jak nie podsadzał to wciągał konduktor. Byli i tacy, co brali te schodki z dobrego rozbiegu i skoku wzwyż - nie jeden olimpijski potencjał wpadł mi wtedy w oko... 


Podróż starym jak świat pociągiem w rytmie tyr, tyr, tyr ma oczywiście swój urok i budzi wspomnienia z dzieciństwa ale jest też i nie lada zaskoczeniem, gdy chwilę wcześniej wysiadło się z pendolino. Stary skromny pociąg przypomniał mi pociągi z filmów o Polakach wywożonych koleją na Syberię. Nastąpiło zderzenie dwóch światów odległych i czasowo i ideowo.... Zderzyły się nagle warszawskie przyzwyczajenia z normalnością małego polskiego miasta, gdzie może i pendolino się zatrzymuje, ale lokalne składy z pendolino nie mają nic wspólnego.


Widziałam w muzeum  odrestaurowane, eleganckie zabytkowe wagony, którymi zapewne woziła się polska arystokracja - tak teraz o tym myślę. Z pendolino przesiadałam się do bardzo skromnego pociagu z poprzedniej epoki absolutnie nieprzypominającego tych z muzeum i nie sposób było nie poświęcić temu dłuższej chwili uwagi. Ale nie przyszło mi wtedy do głowy, że jestem mieszczuchem przyzwyczajonym już do pewnej wygody. Chyba potraktowałam to jak atrakcję w podróży. Mało tego, zdarzało mi się potem pouczać, że świat nie jest taki jaki mamy w stolicy, że warto pojeździć po Polsce i zobaczyć jak ona wygląda, co robi, jak żyje. 


Zastanawiam się jaka jest Polska i gdzie jest ta Polska. Czy to możliwe by była momentami tak różna, że nie sposób tego ogarnąć w całości? Powracam teraz myślami do lat spędzonych na wsi. Chcę o wszystkim pamiętać - cieszyć się wsią wiedząc, że miasto nie da mi tego co wieś i cieszyć się miastem doceniając to czego nie ma na wsi. Nie chcę o niczym zapomnieć.







niedziela, 21 stycznia 2018

Hogata, smród i awaria.

Jednooka pielęgniarka wyjmowała wenflon z mojego nadgarstka gdy spostrzegłam, że robi to bez rękawiczek... Wyjaśniała, że może bez rękawiczek, bo jest zdrowa, bo kiedyś to ją nawet przebadali... Wyjaśnić na swój sposob może i wyjaśniła, a że rzuciła tym samym wielki cień podejrzliwości na wszystkie pielegniarki tego świata to już inna sprawa... lęk przed bakteriami, wirusami, pasożytami innych oporządzanych przez nią pacjentów rósł u mnie w zastraszającym tempie. Hogata patrzyła swoim jednym okiem głęboko w moje oczy i powtarzała swe prawdy z dużym przekonaniem... nie otarła się jednak ani o drobinę mojego zaufania, a wręcz przeciwnie. Szamotała się po zabiegowym. Był wieczór, chciałam już tylko do domu.

Dzień pod kroplówką na dentystycznym fotelu kończy się zazwyczaj pragnieniem powietrza i przestrzeni... a determinacja dotarcia do drzwi wyjściowych szpitala za każdym razem jest coraz silniejsza. Za drzwiami czeka OGROMNA ulga. Mróz i smog nie przeszkadzają.  Choć do furtki jest pod górkę, w momencie ucieczki uciążliwość ta staje się przyjemnością. To jedna z nielicznych górek, na którą niecierpliwie czekam cały dzień i gdy do niej dotrę nic się nie liczy ...choćby po trupach....ale chcę wyjść poza szpital jak najszybciej.

Przemarźnięta wpakowalam się do autobusu numer 166 ...szamotałam się chwilę podobnie jak Hogata w zabiegowym. Wolne miejsce pod oknem było spełnieniem marzeń. Pech chciał, że obok siadł nietrzeźwy jegomość. Smród alkoholu raz po raz drażnił moje nozdrza. Opuszczenie tego miejsca wymagało pewnej niełatwej dla mnie gimanstyki. Ustaliłam szybko, że sąsiad choć napruty jak meserszmit równowagę trzyma, więc raczej się na mnie nie obali. Poza tym bukiet smrodu wskazywał na upojonego alkoholem i przepalonego osobnika płci męskiej bez cech bezdomności, smrodu stęchlizny i woni odchodów. W tej sytuacji postanowiłam pozostać na miejscu z nadzieją, że sąsiad wysiądzie szybciej niż później i zdążę o nim zapomnieć nim przejedziemy Wisłę.

Warszawa wieczorem przywitała mnie barwnymi iluminacjami. Jedynie smród sąsiada psuł atmosferę. Starałam się jednak mysleć o tym co pozytywne... Pomyślałam, że jadę do ciepłego mieszkania i nie muszą się martwić, że trzeba napalic w piecu, przynieść drewna, węgla itp., nie mam auta, więc mi się ono nie psuje i nie zatrzymuje na środku skrzyżowania, a cana jaką za to płacę to tylko pewne niedogodności w miejskiej komunikacji. Gdy kończyły się super pozytywne pomysły i zbliżalismy się do mostu sąsiad wysiadł. Smród po nim palił nozdrza jeszcze dłuższą chwilę, ale można było już normalnie oddychać. Nareszcie. Wjechaliśmy na most i mogłam raczyć się widokiem oświetlonej Warszawy. Nic już nie mogło popsuć mi humoru tego wieczoru.

Rozebrałam się, zapaliłam lampki na choince, włączyłam wodę na herbatę. Nim woda zdązyła się zagotować dotarło do mnie, że jest mi chłodno. Kaloryfery były zimne. Roztaczane w autobusie wizje komfortu niemartwienia się o ogrzewanie mieszkania legły w gruzach, a i sens wytrzymania niedogodności smrodu znacznie stracił na ważności. Szybkie dochodzenie wykazało, że mamy awarię ciepłowniczą.  System grzewczy w kamienicy jest bardzo, bardzo stary... zobaczyłam w wyobraźni sople lodu pod własnym nosem. Powstrzymywałam się tym razem od roztaczania pozytywnych wizji sytuacji, w której sie znalazlam ...żeby nie pogorszyć.  Mieszkanie nie wychłodzi się tak szybko jak dom, woda nie zamarznie w rurach, nie muszę się sama o to wszystko martwić i mam przecież poduszkę elektryczną, a brak ciepłej wody to nie dramat. Ale mogło być jeszcze gorzej gdyby odłączyli prąd...bez ogrzewania i prądu w zimie mieszczuch w starej kamienicy zginie - taka prawda....niezachartowany mieszczuch, nowy na dzielnicy nie przetrwa u siebie takiego kryzysu. By nie powielić błedu z autobusu zaczęłam roztaczać wizje zagłady. Pomogło - nastepnego dnia wszystko wróciło do normy.

sobota, 25 listopada 2017

Gotowa na wszystko.

Jestem gotowa...co prawda sufity jeszcze nie są pomalowane, ale nie chcę przesadzać... i tak tego nie widać.

3 miesiące temu obudziłam się rano i jak każdego ranka pierwszy ruch wykonałam w stronę okna by je szerzej otworzyć. Do okna oddalonego 2 metry nie dotarłam. Miałam też problem żeby wrócić do łóżka. Nie bardzo wiedziałam gdzie jestem, w jakiej pozycji i w którą stronę podążać. Nie wiem jak dotarłam do łóżka i jak dałam znać do pracy, że biorę wolne.

Leżałam spokojnie, w głowie miałam stan, który chyba należy nazwać paniką. Nie mogłam ogarnąć tego co się ze mną działo. Pomyślałam wtedy, że to już koniec. Koniec cieszenia się swoim mieszkaniem, koniec chodzenia do pracy, koniec samodzielności, przyjemności...za dużo w sumie tego nie ma ale zawsze cos. Uspokajałam się głębokimi oddechami i próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie co teraz? Gdyby był ktoś obok być może popłynęłabym na fali paniki. Ale byłam sama, musiałam wziąć się w garść i coś zaradzić. Pomyślałam, że mogę się zdrzemnąć, a potem przeanalizować jakie mam opcje, lekarzy, kogoś do pomocy itd. Powoli docierało do mnie, że to chyba sytuacja, w której wzywa się pogotowie ratunkowe.

Wszystko sobie poukładałam. Dotarło do mnie, że jest szpital, w którym byłam ostatnio na badaniach i gdzie mają moją pełną diagnostykę, są tam lekarze, których kojarzę i tam powinnam się udać tą karetką, którą muszę wezwać.
Mogłam leżeć tylko na plecach nieruchomo, a każdy ruch wywoływał zawroty i poczucie, że pode mną nie ma nic. Pęcherz dawał o sobie znać, a ja nie mogłam się ruszyć. To był czas gdy czekałam na na refundację leku dla mnie. Wiedziałam, że balansuję na krawędzi, a gdy nie dotarłam rankiem do okna pomyślałam, że przekroczyłam cienką czerwoną linię - zużyłam już wszystkie siły i te własne i chyba te boskie, jesli takie mi pomagały.

W dużym mieście karetki widuję każdego dnia. Mam za sobą nie jeden kurs pierwszej pomocy, na którym ćwiczy się do znudzenia wzywanie pogotowia i odwagę w podjęciu pomocy. Nie ćwiczy się tam jednak jak można pomóc samemu sobie, więc w tych sprawach nie miałam przećwiczonych schematów i nie miałam się do czego odwołać gdy własne ciało odmawiało współpracy. Potrzebowałam czasu.


Pojawił się jednak inny problem. Jak ja mam wpuścić ratowników medycznych do mieszkania, w którym jest bałagan? Dwa dni malowałam ściany. Moje rzeczy stały na środku pokoju. Nie miałam jeszcze szafy, więc moje ubrania były składane w różnych dziwnych miejscach, nie do końca mi znanych w sytuacji leżenia na wznak w łóżku. W łazience były porozstawiane farby, moczyły się w wodzie używane do malowania wałki. W kuchni brakowało baby z dziadem, bo skupiona na malowaniu, które kosztowało mnie mnóstwo wysiłku, odpuściłam porządek w innych miejscach mieszkania. Wszędzie był rozgardiasz. Nie wyobrażałam sobie, że wejdą w to wszystko ratownicy. Wstyd za bałagan dodatkowo mnie paraliżował. To wszystko było niedorzeczne. Nawet w obliczu ciężkiej niewydolności oddechowej i braku możliwości samodzielnego spoziomowania, wciąż myślałam o tym w jakiej byłam pidżamie i jak wyglądałam - widać kobietą pozostaje się do końca :). Zawsze lepiej wyglądać conajmniej dobrze i mieć w miarę ogarnięte mieszkanie. Nie da sie z tym dyskutować.

Zaczęłam się modlić. Prosiłam o siły, żeby ogarnąć mieszkanie i swoje rzeczy. Potrzebowałam minimum kilku godzin. Poprosiłam wtedy o dzień lub dwa, żeby się przygotować. Jeśli mam już jechać tą karetką przez miasto to z honorem i szacunkiem do samej siebie. Ta pokrętna logika pokazała mi jak mogę być dla siebie niebezpieczna :) jak jestem uparta i jak dużo mam wiary we własne możliwości. Trudno ocenić mi to wszystko. Nie będę tego robić. Bawi mnie to i przeraża.

Po kilku godzinach udało się wstać. Przez kilka dni miałam zawroty. Poruszałam się wolno ale wystarczyło, żeby ogarnąć największy bałagan. Za kilka dni miałam już szafę i uporządkowałam ubrania. Byłam już w stanie szybko skompletować rzeczy do szpitala.

Za pare dni dostałam zgodę na refundację leku i trafiłam do szpitala na pierwsze podanie kroplówki. Zaczęła się więc kuracja, która miała zatrzymać to co najgorsze. Dostałam też nowy respirator i nową maseczkę, i nareszcie mogłam skorzystać z nocnej wentylacji. To wystarczyło by poprawić nocne dotlenienie organizmu i uniknąć stanu nieważkości.

Choroba zmienia mnie, porządkuje i zmusza do gotowości. Chciałabym zabezpieczyć się pod każdym możliwym względem, żeby nic mnie nie zaskoczyło. Mobilizuję się i dyscyplinuję...dziwnymi drogami i teoriami...bo jakie ma znaczenie bałagan w mieszkaniu gdy nie można normalnie oddychać? Z jednej strony choroba zabiera mi siły i zmusza do pójścia na skróty, a z drugiej stawia mnie do pionu i pokazuje, że nie mogę odkładać różnych spraw na potem. Muszę całą sobą być przygotowana na wszystko.

niedziela, 22 października 2017

Nosowska i wykluczenie cyfrowe.

Bardzo cenię twórczość Nosowskiej i czuję z nią jakaś więź... wychowałam się na jej piosenkach. Jest wyjątkowa, szczera i prawdziwa, i jest od zawsze. Jest moim teksciarskim autorytetem. Mogła by pić i ćpać, i nadal wierzyłbym jej tekstom.

I oto starsza ode mnie o jakieś 10 lat Katarzyna opowiada u Wojewódzkiego jak dowiedziała się o Snapchat, jak się tym zainteresowała i jak okazało się, że narzędzie zaadresowane dla młodych stało się dla niej motywacją i pozwoliło odkryć w sobie czegoś nowego. Nie wiem jak ona to robi... wierzę jej.

Słyszałam już o Snapchat i uznałam, że to coś dla dzieciaków. Gdy okazało się, że gdzieś umknęło mi to co publikuje Nosowska w sieci - właśnie na Snapchat, zaczęłam się zastanawiać co jeszcze mi umyka i w jaki sposób...wniosek był jeden - muszę przeciwdziałać.

Udałam się więc za poradą do studentki, ktora właśnie zaczyna swoje całkiem samodzielne życie i korzysta z wielu pominiętych przeze mnie narzędzi. Jako, że jest świeżo upieczonym socjologiem, stwierdziła u mnie od ręki ...wykluczenie cyfrowe. Powiało grozą. Byłam wtedy w kawiarni w centrum Warszawy gdzie nie można narzekać na brak ludzi...i to odrobinę złagodziło znaczenie słowa wykluczenie. Jednak poczułam się jak dinozaur, choć autorka diagnozy przekonywała mnie, że wyglądałam młodo i nie jest tak źle, bo przecież korzystam z fb. O ludzie tylko fb...

Przeszłam szybko do sedna. Potrzebawalam przewodnika, żeby ogarnąć Snapchat, aplikację z taksówkami i Instagram. Takie aplikacje kojarzyłam.
Jednak na pierwszy ogień poszedł popularny tinder z racji tego, że właśnie studentka odebrałam tinderową wiadomość. Od słowa do słowa i wyszłam ze spotkania z przekonaniem, że to doskonały sposób by poznawać ludzi. Ponoć młodzi tak nawiązują kontakty. Z założenia szukają partnerów, a w ptaktyce rozbudowują krąg znajomych. Przed kilkoma laty uznałabym to za niebezpieczne...teraz uznałam że sprawdzę. Tak czy inaczej do kolejnych aplikacji nie zdążyłyśmy przejść. Zainstalowałam aplikację tinder z ciekawości gdy studentka zapewniała, że sama aplikacja do niczego nie zobowiązuje.

Ustawiłam żeby mi wyświetlała panów z odległości 30 km w wieku przed 40tką. Takie momenty nie są łatwe ale widać potrzebne... Tak przed 40tką - tak to już wiek średni. Załączyłam zdjęcie i podałam swój wiek. Pojawili się Panowie. Wszyscy uprawiający przeróżne sporty najlepiej wszystkie łącznie. Uderzająca liczba zdjęć przedstawiała wypasione auto, super motocykl, jacht czy też motorówkę. Zmieniały się tylko twarze. Miałam wrażenie, że to lista dużych dzieci, poprzetykana oprychami. Zaskoczona byłam ilością obcokrajowców. Zastanawiałam się komu dać szansę...kto mógłby dołączyć do listy znajomych. Partner nie wskazany...ale lubię słuchać ciekawych ludzi. Moja branża jest niewielka. Nic się nie zmienia. Może rzeczywiście tą drogą można poznać ciekawych ludzi ukrytych gdzieś w gąszczu motoryzacyjnych nowinek.

Zaznaczyłam kilku, faceta z maszyną do szycia i starego Meksykanina, bo i nie pisał o sportach i nie był otyły. Obaj napisali do mnie. Ten z maszyną bredził więc szybko to zakończyłam. Meksykanin, nie chciał o sobie nic napisać ani powiedzieć, nalegał najpierw na telefon potem na kawę. I tak w sobotę z lekka rozczochrana, przypadkowo ubrana poszłam przed południem na kawę do pobliskiej kawiarni.

Padało. Przywitał mnie miły ani nie Meksykanin, ani nie stary, ładnie i elegancko ubrany szczupły facet. Zastanawiałam się czym się zajmuje. I w sumie cieszyłam się, że zaraz poznam kawałek innego świata. Ale nie!
Przecież u mnie nie może być jak u innych. Szczęście do statystycznie rzadkich zdarzeń wciąż jest ze mną. Po kilku zdaniach okazało się, że mamy ten sam zawód...a potem, że mamy wspólnych znajomych...pracuje z moim kolegą, ba wygląda na to, że zna mojego byłego-zazdrosnego byłego. O ludzie! Ubawilam się tą sytuacją bardzo choć musiałam ochłodzić atmosferę informacją o chorobie. Znajoma psycholog twierdzi, że nie ma potrzeby informować nowo poznanych ludzi o swoich problemach ze zdrowiem, o niepełnosprawności. Trudno się z nią nie zgodzić. Wolałam jednak żeby  ta informacja padła z moich ust.

Odinstalowalam tindera bardzo szybko. Nie jestem przystosowana do takich narzędzi. A i studentka socjologii po jakimś czasie podsumowała to narzędzie jako coś co owszem zajmuje czas, daje namiastkę kręgu znajomych, ale przyjaźni tą drogą nie sposób zawrzeć.

poniedziałek, 16 października 2017

Przystanek Gdynia Główna.

Dzień był już ciężki zanim zdążył się zacząć. Noc bez pomocy Respiego zapowiadała ból głowy z rana i większy brak sił niż na co dzień...no i strach, strach, że może być tak jak pewnego sierpniowego poranka gdy zawroty głowy uniemożliwiały jakiekolwiek próby podniesienia się z łóżka.

Przyjechałam nad morze, żeby poprowadzić część szkolenia. Nie mogłam zabrać Respiego ze sobą, jest za ciężki. Noc była trudna, mało spałam. Stresowałam się kolejnym dniem.

Respi - domowy respirator, waga 3 kg.

Rano ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Apap trochę pomógł. Trzęsłam się jednak do samego południa. Znalezienie w sobie sił by poprowadzić szkolenie i wytrwać do końca było cholernie trudne. Czuję, że dotarłam na granicę i balansuję przemieszczając się po cienkiej czerwonej linii z nadzieją, że nikt tego nie zauważy.

Po szkoleniu znajomy podrzucił mnie do Gdyni. To miły i serdeczny człowiek więc podróż z nim jest zawsze sympatyczna, ale równolegle z rozmową w mojej głowie niemal odprawialam mszę. Czułam się okropnie. Nie wiedziałam co się dzieje. Nie wiedziałam czy to płuca, czy serce, czy żołądek. Często nie wiem co się we mnie dzieje i co to oznacza. Jazda samochodem gdy jestem niedotleniona zdecydowanie pogarsza sprawę. Marzyłam, żeby się położyć z maską na twarzy i podłączonym Respim i zasnąć, odpocząć. Odpocząć i nie myśleć o oddychaniu.

Gdy dotarliśmy do PKP Gdynia Główna poczułam ogromną ulgę. Nie tylko dlatego, że wysiadłam z auta. Nie darowałabym sobie gdyby kolega miał przeze mnie kłopoty. Gdy odjechał, czułam komfort, że on tych kłopotów tego dnia mieć na pewno nie będzie. Właśnie odjeżdżał pociąg  do Warszawy. Następny miał być  za godzinę.

Liczyłam na Pendolino lub na stare składy IC wagonów bez przedziałów. Fotele w tych pociągach są dla mnie najwygodniejsze. Mogę się, powiedzmy, normalnie oprzeć. Przy moich gabarytach nie jest to takie proste, a trzymanie głowy kilka godzin bez podparcia oznacza conajmniej frustrację...ze zmęczenia. Wracając do dworca...

Weszłam na dworzec... Jest piękny. Potężny i elegancki. Dworcowa hala jest wysoka na conajmniej trzy piętra. Są stare drewniane ławy, drewniana sztukateria przy okienkach kasowych - klimat jak z filmów o dwudziestoleciu międzywojennym. Na ścianach wysoko w kilku miejscach ułożone są mozaiki z motywami morskimi - to mi się kojarzy z powojenną awangardą. Miejsce z historią a przy tym jest czysto, elegancko i miło. Ludzi było dużo, ale nie pędzili tak jak pędzi Warszawa.

Stałam w kolejce do kasy i doznawała przyjemności z pobytu tam. Próbowałam wzrokiem uchwycić wszystko co mi powie jak najwięcej o Gdyni. Na chwilę zapomniałam, że jest mi ciężko, że głowa boli i brakuje siły, żeby porządnie pociągnąć powietrze. Do tego wszystkiego nagle usłyszałam muzykę, żywą piękną muzykę. Fortepian i saksofon. Miałam przyjemność odsłuchać prawdziwy koncert na dworcowej hali, który odbył się w ramach większego festiwalu, który właśnie się rozpoczynał w Gdyni. Akustyka dworcowej hali niosła dźwięki, a ludzie stali w bezruchu. Obok pięknego fortepianu, na którym grał  muzyk wisiał inny stary fortepian ze skrzydlami... jak Pegaz unosił się do góry. Piękne chwilę - pomyślałam, że to moja nagroda tego dnia :) Za strach, za wysiłek, za to, że nie spanikowałam, że przyjechałam. Czułam już spokój. Doczlapalam się do pociągu. Wracałam do Warszawy w Pendolino... tym razem w towarzystwie Szwedów.
Zerkałam na Gdynię z żalem, że jej jeszcze nie poznałam. To miasto stworzone przez Polską powojenną Awangardę. Chciałabym je zobaczyć i poczuć. To ważne, bo to był pierwszy prawdziwy i świadomy krok polskiej wolnej sztuki. I choć czasy z pozoru temu nie sprzyjały to jednak wtedy wypracowano kanony jak dotąd nieprzescignione... Dużo o tym czytałam swojego czasu - przypomniałam sobie, że chciałam to zobaczyć....o ilu sprawach kiedyś  dla mnie ważnych zapomniałam....

Przejechałam przez Sopot i Gdańsk. Zachodzące słońce pozwoliło mi rzucić okiem na wiślane Żuławy. Iława poczęstowała mnie w ciemności świetlnymi refleksami odbitymi w tafli jeziora, wokół którego wyrastało miasto. Dojechałam. Warszawa przywitała mnie chłodem.

Zobaczyłam tego dnia mały ale wyjątkowy kawałek Polski zapisany w architekturze, sztuce, muzyce i krajobrazach. Myślę o tym jak o czymś szlachetnym i godnym uwagi, prawdziwym. Widzę w tym wielką mądrość. Czuję się w tym zdrowsza. W takim otoczeniu staję się lepsza. Brakuje mi tego.

Wrócę do Gdyni. Muszę wrócić.

niedziela, 15 października 2017

Woda.

Dziś w towarzystwie usłyszałam, że dwie osoby są GÓRAMI, jedna SŁOŃCEM. W szczegóły i źródło tych symboli nie wnikalam - głowa dziś słabo pracuje. Byłam jednak ciekawa jaki symbol charakteryzuje mnie.

Znajoma zaczęła sprawdzać..za pomocą gałązek (nie patyczków, choć gałązki wyglądały jak patyczki). Wróżba?

Fajnie być GÓRĄ, bo to mądrość do której przychodzą ludzie po radę. SŁOŃCE to przyjemne ciepło, które wszyscy kochamy, nawet gdy od czasu do czasu da się we znaki. Ja pewnie będę jakąś wodą, bo czym innym mogłabym być...

Po kilku minutach usłyszałam, że mój profil społeczny symbolizuje WODA.

A jaka ta woda jest? Woda płynie. Wody nie można złamać. Ma głębię niezbadaną i tajemniczą. Jest introwertyczna. Ma silną intuicję. Jest w niej dużo mądrości ale zabiera ją ze sobą. Ma w sobie duże bogactwo tego co dobre i złe. Woda jest zmienna; potrafi się dostosować. Woda bada sama siebie, próbuję sama siebie poznać  i zrozumieć. Jest uparta i silna. Taki mam portret społeczny-tak mnie postrzegają inni. Chyba dużo jest w tym prawdy, bo takie też odczucia. Orientuję się jak jestem poatrzegana. Ale czy to jestem ja? Czy jestem taka jak mój zewnętrzny wizerunek? Hmm

Zastanawiam się jakim cudem znajoma, ktora prawie mnie nie zna i jej zasuszne 10cm gałązki (niepatyczki) były w stanie zobaczyć we mnie właśnie WODĘ, a nie GÓRĘ czy SŁOŃCE.

Bez względu na to ile w tym prawdy to chyba powinien być moment, żeby zastanowić się nad sobą, nad relacjami z otoczeniem. Nie bardzo mi się chce zgłębiać takie sprawy. Jestem jaka jestem. Tragedii nie ma. Dla mnie jest ok. Może dla otoczenia jestem zbyt pewna siebie, ale to już kwestia kultury, w której żyję. Nie będę na siłę skromna, bo nie wypada inaczej. To się u mnie nie sprawdza. Mama o mnie mawiała: Jaką mnie Panie Boże stworzyłeś taką mnie masz. To był przytyk odnośnie mojej upartości. Trudno mnie złamać. Jeśli się udaje to tylko chwilowe pozory. Sama siebie nie jestem w stanie złamać. Sama do siebie miewam o to pretensje. Zmiany owszem następują, ale mam wrażenie, że nie mam na to wpływu, albo mam niewielki wpływ i muszę się nad tym bardzo napracować, zanim całą sobą zaakceptuję nowy stan, nową sytuację. Czasami mam wrażenie, że nas jest dwie i jedna drugą przekonuje. Choć czasami walka trwa długo i nie udaje się - jestem pewna, że obie mnie robiły wszystko co mogły.

Mam duże możliwości akceptacji i ogromną cierpliwość w działaniu. Jeśli na drodze spotykam górę, nawet himalajski 8mio tysięcznik znajdę czas i sposób by go opłynąć-ominąć, ale nie ma siły żebym płynęła pod prąd. Nawet jeśli na chwilę zawróce to i tak wrócę na właściwy tor. To o sobie już wiem - sprawdziłam nie raz.   Opłynęłam i opływam już nie jedną górę od lat. Meandruje  nawet gdy o tym nie myślę. Nie zawsze mi to na rękę. Czasami mam dość powziętych kierunków działań. Pytam się sama siebie po co?

Czytałam kiedyś, że woda ma pamięć. Pamięta ponoć nie tylko to co w niej było ale i emocje z jakimi się spotkała. Najzdrowsza dla człowieka jest najczystsza woda czyli i najstarsza zgromadzona gdzieś głęboko pod ziemią  albo zamrożona w wiecznej zmarzlinie lodowców. Ponoć stały stan skupienia resetuje pamięć wody i są tacy co piją wodę tylko wcześniej zamrożoną. Woda dobrze reaguje na dobre i pozytywne emocje. Są doświadczenia, które mają potwierdzić.

Tak czy inaczej szukam teraz w sobie tego wszystkiego co wiem o wodzie. W sumie nie wiem po co :) ale czy zawsze cel musi być od początku nazwany? Może nie...







sobota, 14 października 2017

Salamandra lub jaszczurka.

Marzne. Cóż w tym godnego uwagi? Nic. Każdy marznie, nawet najwytrwalszy pogromca niskich temperatur posiada granicę wytrzymałości i temperaturę czy też jej brak, przy którym mimo wszelakich zabezpieczeń poczuje chłód.

Ja jednak marznę zdecydowanie za szybko, a kolejne warstwy ubrań nie przynoszą ciepła, a stają się dosłownie ciężarem.

Samo uczucie chłodu nie jest takie złe, można się przyzwyczaić. Gorzej, że im niższa temperatura, mój tempomat zwalniam, a ciało sztywnieje. Próbuję się ogrzać kolejnymi warstwami odzienia, które na sobie dźwigam. Możliwości ruchu i manewru stają się coraz mniejsze. Gdy kupuję płaszcz, jak najlżejszy oczywiście, muszę wyważyć między ciężarem, który będę świadomie dźwigać a ciepłem, które mi zapewni. Nie jest to łatwe... tym bardziej, że od dłuższej chwili jestem poza dostępna w sklepach rozmiarówką.

Gdy tak analizuję swoją sytuację, szukając rozwiązań przypomina mi się niegdyś spotkana w górach salamandra. To była wczesna wiosna, miejscami był jeszcze śnieg, a ona grzecznie leżała na pniu drzewa...nie uciekała. Gdy byłam bardzo blisko powoli, bardzo powoli zaczynała się przemieszczać. Szybciej nie mogła. Jest zmiennocieplnym płazem. Przez zimę hibernuje w bezruchu. Zaczyna być aktywna wraz ze wzrostem temperatury otoczenia. Lubi wygrzewać się w słońcu.

Czuję się teraz jak salamandra. Mam wrażenie, że mój organizm ogranicza funkcje życiowe i przygotowuje się do zimowej hibernacji. Dla salamandry to żaden problem. Rzecz w tym, że inne salamandry przechodzą to samo i ich salamandrowaty świat jest tak poukładany, że późną jesienią, właściwym jest ukryć się i zasnąć by wiosną powoli nabierać aktywności. Dla salamandy sztywnienie ciała wraz z obniżaniem się temperatury otoczenia jest naturalne. Może nawet salamandry traktują ten stan tak jak ludzie Sylwestra, po którym przychodzi nowy lepszy rok.

Niestety mój świat rządzi się innymi prawami i towarzysze mojego gatunku nie marzną i nie sztywnieją na zimę tak jak ja. Zdecydowanie odstaję od standardu i wątpię, żebym posiadała haryzme zdolną przekonać innych do zimowej hibernacji. Ten brak siły przekonania sprawia, że nie mogę  liczyć na nowe  technologie, które skupiają się jednak na potrzebach większości. Tutaj ewidentnie mogę liczyć tylko na siebie i niestety pomysły mi się już kończą i zaczynam sięgać po skrajne, i niedorzeczne dotąd rozwiązania, łącznie z pomysłem zmiany strefy klimatycznej właściwszej dla zmiennocieplnego gada lub plaza.

Jeśli kwestią jest zmiana strefy klimatycznej przy równoczesnym pozostaniu w Warszawie gdzie dostaję przecież lek, należałoby zorganizować na czas zimy terarium w warszawskim mieszkaniu, w którym mogłabym też pracować. O ile udałoby się zorganizować terarium o tyle nie mogłabym w nim pracować, bo moja praca głównie polega na byciu tam gdzie mam być. Czyli trzeba by zrobić i terarium i zmienić pracę. Wydaje się to niemożliwe.

Gdy obserwuję jak wiele niemożliwego stało się możliwym lub odwrotnie gdy pojawiła się choroba, to umacnia się we mnie myśl, że nigdy nic nie wiadomo i że wszystko może się zdarzyć. Jedne mury przestają istnieć (głównie te w głowie), a inne stają się nie do przejścia (głównie te fizyczne)... wszystko jednak staje się we właściwym dla  siebie czasie. Czekam.

Skupiając się na poszukiwaniu rozwiązań to wydaje się, że jako zmiennocieplna jaszczurka (wolę być gadem niż płazem) powinnam korzystać z trzech terariow: terarium dom, terarium samochód i terarium biuro. Powiedzmy, że terrarium dom już jest. Terrarium biuro będzie trudno zorganizować bo dziele pokój z dwiema osobami i to nie są zmiennocieplne gady. Nie jest to jednak niemożliwe. Terrarium auto wydaje się teraz poza zasięgiem. Zaczynam jednak dużo o tym myśleć. Mam wrażenie, że bez auta za chwilę będzie bardzo ciężko.
Czekam.

niedziela, 8 października 2017

Środki nadzwyczajne, 2010 🎥

Wiem o tym fimie od chyba 2 tygodni. Czekałam niecierpliwie na wolną chwilę, żeby go obejrzeć. Nie zliczę ile razy zapomniałam jaki ma tytuł tzn. właściwie nie zapamiętałam tego tytułu ani razu. Za każdym razem gdy myślałam o filmie musiałam sprawdzić tytuł. To akurat trudne nie było, bo nie sposób zapomnieć, że gra w nim Harrison Ford. W każdym razie po obejrzeniu filmu również nie zapamiętałam tytułu, co po raz kolejny dowodzi, że ten tytuł jest zdecydowanie nietrafiony.

Ten fabularny film opowiada o walce rodziców o lek dla małych pacjentów z chorobą Pompego. Film powstał na podstawie książki do której jeszcze nie dotarłam, a którą napisano na podstawie autentycznych wydarzeń.

Chciałabym wiedzieć jak najwięcej na temat choroby Pompego. Film w sumie mówi o niej niewiele. Jestem już po 3ech podaniach enzymu i wiem, że efekty nie są tak spektakularne jak te przedstawione w filmie. A i realia u nas w kraju są zdecydowanie inne. W każdym razie to miłe, że ktoś pochylił się nad problem mojej choroby i że w rolę naukowca walczącego o enzym wcielił się sam Harrison Ford.

W sumie to smutna historia. Chyba nie będę polecać tego filmu. Chyba nie mogę być obiektywna...

Ogród

Siadłam przed domem, żeby odpocząć. Zaliczyłam schody do piwnicy i z powrotem. Przytaszczyłam siekierę. Teraz przede mna kolejne zadanie. Tr...